Gwiezdne Wampiry 2026

Gehenna, którą zapowiedział poetce Magdalenie Ficowskiej szeptem zamiast życzeń ślubnych, pierwszy trener mistrza świata w biegach narciarskich, przerosła wszystko co mogła sobie wyśnić w piekielnym koszmarze. Tego nie dało się przeżyć. Wyrwała się z kaźni po dekadzie w zbójeckiej jaskini małżeńskiej. Uciekła pociągiem do swojej Warszawy, by kupić norkę ocalenia, gdzie mogłaby się schronić wraz z małym synkiem Arturem Łuszczkiem. W środku stolicy autobus miejski stanął w korku. Był letni dzień, Magdalena siedziała przy oknie i te jej wielkie, zielone oczy przyciągnęły uwagę siedzących na krawężniku chodnika dwóch chłopaków. Wciąż wyglądała jak maturzystka, piękna dziewczyna. To ich sprowokowało. Kiedy zorientowała się, że coś złego się dzieje, było już za późno. Poczuła straszny, przesuwający się nacisk w oku od strony okna. Zasłoniła dłonią oko, ale to już nic nie dało. Zobaczyła wokół siebie przeskakujące czerwone światełka. Spojrzała w bok przez szybę okna autobusu i ujrzała dwóch śmiejących się do siebie wyrostków. Celowali tym przenikliwym czerwonym światłem w jej oczy. Rechotali przy tym jak żaby, ucieszeni, że udał im się zgryw. Przeraźliwy ucisk, przesuwającego się cięcia laserem trwał. Czuła każdy milimetr, jakby miało jej wypaść oko. Jednak choć inaczej, ale wciąż widziała. Późniejsze badanie USG oka u znakomitego okulisty, wykazało, że rozwarstwione ciało szkliste oka, rozerwało się. Cudem nie oderwała się siatkówka i nie został przecięty nerw wzrokowy. Dlatego nie oślepła, choć jej znakomite dotąd widzenie zostało ograniczone.
Aby jakoś przeżyć z synkiem, znalazła pracę w znakomitej, państwowej instytucji muzealnej. Okazało się dla niej miejscem niewolniczej pracy, gdzie spędziła następne 24 lata poniewierania nią jak zwierzęciem i śmietnikowej nędzy. Nikt się tego nie wstydził. Ktoś nawet zażartował o darmowej pracy i budowaniu kapitalizmu na niewolniczej pracy. Wtedy nie było dla poetki Magdaleny innej możliwości. Trwało bezrobocie. Dawała z siebie wszystko. Koleżanka z pracy spowodowała wypadek, wskutek którego strąciła Magdalenę w bezwład kalectwa. Odłamana prawa dłoń, pęknięta miednica. Zgnieciony rdzeń kręgowy spowodował paraliż nóg. Już sparaliżowana o 8 rano wezwała karetkę i czekała na jej przyjazd do godziny 12 w południe, choć mieszka blisko tego szpitala na sadach żoliborskich. W ostatniej chwili przed utrwaleniem się paraliżu, dzięki nakazowi ówczesnego ordynatora Neurochirurgii szpitala Bielańskiego na Żoliborzu, arcymistrz Neurochirurgii tego szpitala odbarczył podczas operacji kręgosłupa zgnieciony rdzeń. Powoli znów mogłam chodzić, ale część nerwów w nogach, utraciła przewodnictwo na zawsze. Mimo ogromnego wysiłku, wróciła po roku do pracy w lochach muzealnych, gdzie nie było dla niej taryfy ulgowej. Jednak ta praca była sprawą życia i śmierci, bo Magdalena Ficowska Łuszczek musiała dosłużyć się emerytury, żeby móc dalej żyć. Pewnego razu, chciała zasłonić dziurę w oknie jej kawalerki na parterze, przez którą właziły wielkie pająki. Próbowała wejść na biurko, żeby tego dokonać. Półsparaliżowane nogi nie utrzymały jej i spadła z wysokości biurka do tyłu. Leciała jak ptak w przepaść. Wtedy nie roztrzaskała się, ale dynamicznie ślepła. Z dnia na dzień. Okazało się, że rozwarstwione po cięciu laserem ciało szkliste w prawym oku oderwało się. Cudem nie zrywając siatkówki. To był szok. Pomoc wspaniałych lekarzy okulistów przywróciła częściowo wzrok poetce. Dzięki temu Magdalena Ficowska łuszczek dalej tworzy swoją poezję i może opisywać w niej swój straszny los. Kiedyś do pięknego muzeum, gdzie odbywała swój wyrok ćwierćwiecza ciężkich robót, jak za zbrodnię, przybył zza morza obcy nieznajomy. Magdalena powitała go, wychodząc z ciemności nędzy i poniżenia. Zaprosiła przybysza, opromieniając go serdecznością spojrzenia zieleni swoich oczu. Nazwał ją: „Oczy Anioła”. Umknęła przed nim. Była tak zdeptana koszmarem swojego życia, że nie była wstanie wyfrunąć na świat i szerokie wody.

Translate »