DOLINA STRĄŻYSKA

W dolinie Strążyskiej
cień drogę spowija.
Po Trzech skalnych Kominach
wzrok się w niebo wzbija.
Czasami wyskakują
rydzów główki czerwone.
Zbierać ich nie wolno,
bo są tutaj chronione.
Odpocząć można w szałasie,
mleka kwaśnego się napić.
Potem do Siklawicy iść.
Wodospad ze skał spadając
kropel tysiącem,
z twarzy zdmuchnie zmęczenie
mgłą orzeźwiającą.

NA NOSALU

Grzbietem leśnym, cienistym
mimo pogody mglistej
poszliśmy na wycieczkę.
Nosal przywitał nas deszczem.
Już wiem skąd śmieszna nazwa taka.
Góra nos przypomina,
deszcz cieknie jak katar.
Ach, och – woła jakaś pani.
Zasłania oczy, ze strachem się wspina.
A ja sobie kiwam
nad przepaścią nogami.
Chociaż skrycie czuję trwogę,
że but zsunąć mi się może
i spaść komuś na głowę.

BURZA

Wiatr nadleciał z południa.
Ciemną nawałnicę przygnał.
Skłębione chmury oberwał.
deszcz lunął jak z cebra.

My, zmęczeni po wycieczce
siedzimy w domu bezpiecznie.
A na dworze, co chwil parę,
błyskawice niebo rozświetlają.
Błyskiem flesza,
malują gór czarne zbocza.

I grzejąc się przy ciepłym mleku
myślimy jak musi być strasznie,
kiedy w górach, na szlaku
groźna burza kogoś dopadnie.

ZACHÓD SŁOŃCA

Spotkaliśmy duszka łąki,
jak promień złotego,
W oczach miał błękit
nieba całego.

Upletliśmy mu z trawy
czapkę pod obłoki
i bacik,
by go bardziej słuchały
pszczoły, trzmiele, bąki.

Zaprosił nas skrzacik maleńki
na maliny czerwone,
od soku pękające.
Zbieraliśmy garściami pełnymi,
aż zeszło do nas słońce.
Skuszone ich zapachem
i soku spragnione.
Najadło się do pełna,
stało się czerwone.

KOSMICZNA DROGA DO SZKOŁY

Wczoraj kiedy szedłem
do szkoły zaspany,
patrzę – niesłychane:
idę po ciemnym
niby asfalt niebie.
Na nim strumień bieleje
drogi mlecznej, rozlany.
Dalej czarna dziura,
a w niej chmura.
Pomyślałem, że to sen jeszcze,
bo widzę jak na nocnym niebie
czy na asfalcie – sam już nie wiem
spod auta wypływa tęcza
mieniąca się barwami.
Tylko czemu niebo
mam pod nogami ?
I skąd samochód w kosmosie ?
Obudź się synku wreszcie,
rozległ się obok głos mamy,
i nie chodź po błocie.

DZIKI TURYSTA

Nie wszystko złoto
co się świeci.
Prawdziwość tego przysłowia
odkryły w górach dzieci.
Mówiła im mama:
są tam piękne kamienie.
Uważnie się przyjrzyjcie,
piaskowce, granity, wapienie.
Czasem mika rozbłyśnie w granicie.
Ruszyły na szlak z plecakami.
Wdrapują się po skałach,
aż tu w zaroślach
coś świeci się z dala,
jak gwiazdka srebrna.
Radośnie zabiły serduszka –
-może to płatek miki…
Niestety – to po konserwach puszka,
którą rzucił turysta dziki.

POCZTÓWKA Z TATR

Kochani,
przesyłam Wam
pocztówkę z Tatr,
a na niej:

góry słonecznie rozświetlone,
obłoki pławiące się w błękicie.
Na skałach zieleń roślin,
rozkłada się puszyście.

Lecz nie ufajcie przesadnie,
tej chwili na fotografii,
bo w górach pogoda potrafi
zmieniać się niewiarygodnie.
Stają się groźne, posępne.
Czasami w jakiejś dolinie
głuchy się łoskot rozlegnie,
gdzieś skała się roztrzaskuje.

Więc kiedy tu przyjedziecie,
zabierzcie ciepłe rzeczy
i chodźcie zawsze ostrożnie.

Pozdrawiam was.
Autor tych wierszy.

Translate »