Wodo wodo
zielona
napełnij mnie
po brzegi
niech się rozpłynę
cała
w głębokiej
twej topieli
zamknięta
w kropli życia
opłynę świat
dokoła
znów stanę
nad twym brzegiem
spragniona
cię zawołam
Miesiąc: lipiec 2015
OSACZONA
Niski pułap sufitu
przygniata mnie
leżąc podpieram go wzrokiem
coraz ciężej osacza
biała przestrzeń
boleśnie rozdziera
nieład wokół
za szybą pospadały śliwki
rozrosły się zielenią
chwasty
zapanował nieład życia
za oknem świat
którego nie ma
w moim pokoju
SPOTKANIE
Spotkali się
na końcu milczenia
otwartego na przestrzał
życie temu
trafieni gromem
zrozumienia
rozpoczęli bezpowrotną
wędrówkę rozpaczy
bez apelacji
bez wyjaśnień
nad otchłanią
niepojęcia
BEZ RATUNKU
Wielki wiatr
rozpostarł skrzydła
poszarpał ramiona
drzew
wybuchły chmury
nieba
świat zasłoniła
ulewa
Chciała ukryć się
w jego dłoni
pod ciepłym dotykiem
wspomnień
zamarła w błysku
jego spojrzenia
ISKRA
Sygnał komórki
jak kropelka przypomnienia
wpada nagle
w obcą nieznaną
przestrzeń
na moment
jak iskra nadziei
dźwięk melodii
otwiera wszelką
możliwość
wzbudza odległe
niespełnienie
by je wypełnić
– daremnie
CZAS
Niewidzialny
działa skrycie
daje się przyłapać
na gorącym uczynku
nieuniknionego zniszczenia
wypełnia przestrzeń
splatam wokół niego palce
rozrywa je bezlitośnie
nie ma początku
ani końca
nieodwracalny
przeczy nieśmiertelności
TĘSKNOTA
Zwinięte skrzydło
dłoni
otula tęsknota
lepka jak krew
zachłannie
łapię obraz
ociemniała nagle
samotnością
Nie zasłaniaj się
słowami
dłonią rozpostartą
przytrzymam myśl
o tobie
nie odlatuj jak ptak
ze zranionym skrzydłem
NOC
Staje się
kiedy świat
zamyka oczy
pełna zakamarków
roziskrzona gwiazdami
bezszelestne nietoperze
wytężając słuch
omijają pozostałości dnia
cienie kotów
nawołują się
rozdzierając mrok
zjawia się zawsze
po zachodzie powiek
Wtopiona w noc
wstrzymuję oddech
by nie zagłuszyć ciemności
ISTNIENIE
Zmieniam miejsce
istnienia
za zamkniętymi powiekami
przenoszę się w sen
wtulona w róg poduszki
rozgarniam zdarzenia
przytulam bliskich
brodzę w sennych mgłach
co rano wyrywa mnie
stamtąd
bolesne przebudzenie
coraz trudniej
na jawie trwać
KSIĘŻYCOWA NOC
Srebrna noc
wiosenna
zamknęła mnie
w ramionach
– to nie po mnie
na pewno
cofam się w głąb siebie
– nie umknę
przed nią
powietrze przejrzyste
otula mnie lekko
księżyc srebrzyście
rozpościera skrzydła
lecą myśli
śladem wspomnień
tam gdzie czas
był przede mną
niepokój przymyka oczy
nadchodzi sen
przed świtem
poświatą srebrną
ZEGAR
Odmierza mgnienia czasu
chwile wdzierające się
pod powieki
kropla po kropli
spływają bezpowrotnie
stracone
odwracam się plecami
świat znika
zamykam oczy
czas pogrąża się w mroku
pęcznieje nieuchronnie
rozsadza oddech
rozbryzguje się
w niebyt
MROK
Leżę bezwładnie
krzyk rozdziera
wnętrzności
ból zamknięty
w każdej cząstce ciała
dławi myśli
zapadam się
za zasłonę snu
rzeczywistość ginie
w mroku
DAREMNIE
Nie pierwsza
nie jedyna
nie najważniejsza
– przelotna
na tę chwilę
na razie
na niedługo
daremnie
szuka gniazda
gdzie byłaby
całym światem
schronienia
by skłonić głowę
PRZEBUDZENIE
Rozkwitła nagle przestrzeń
śpiewa ptakiem
tym samym
co zniknął w bez pamięci
trzepoce serce
w powiewie przypomnienia
nie myślałam
że ptak jeszcze istnieje
unosi mnie śpiewem
w ponad czas
moje serce łopoce
budzi się z zapomnienia
jeszcze żyje
PRZYPŁYW
Przecinam drogę światłu
zaciskam powieki
czarna noc
wzbiera we mnie
tak długo już
cię szukam
na próżno
wzburzona ciemność
rozdziela nas
jesteś na wyciągnięcie ręki
gubię cię w sennych widziadłach
przygniata mnie żal i tęsknota
w błędnych zaułkach nocy
idę do kresu świata
nie zdążę cię odnaleźć
nim zderzy się niebo z ziemią
na końcu nocy
wezbranej we mnie
ITALIA – PESCHIERA
Świtem pomruki bure
błysnęły
zamknęły nieba żarliwą zapowiedź
daremna nadzieja
nim znów głowę wzniosła
skwar rozlał
do białości rozjarzony błękit
w wąskiej uliczce – brama
nad stołem biesiadnym
dotknęły jej twarzy
oczy szmaragdowe
wśród falistości włosów
myśl jak błyskawica
rozbłysła – czy raj to?
– czy wąska ulica?
Spytał wzrokiem
rozpalonym obietnicą
– bo tylko tam anioły
chodzą po ulicach

Czytaj dalej ITALIA – PESCHIERA
ŻYCIE
Dalszy ciąg nie nastąpi
ani o krok nie wyprzedzi lęku
tylko strach zaszczepiony w piersi
jest nieuchronny
i powtarzalny
jak chwast którego nie sposób wyplenić
on zostaje na krótkie zawsze
miliony razy powiela
koniec świata
odradza się
w nieskończoność
ma barwę ciemności
trwa nieustanny
kres istnienia
SZPALER NIEBIESKI
Tak późno
przemykam się
między podmuchami wiatru
pomiędzy myślami
i ten niepokój szarpiący
że nie zdążę Cię spotkać
umknęły mi Twoje słowa
ciepły dotyk twarzy
w poprzek drogi
topole milcząc
wrosły w niebo
przeciska się przez gałęzie
obłok kremowy
obłok różowy
znieruchomiały szpaler niebieski
PEGAZ
Pamięć daremna
rozpala światło
w oddali
wspinasz się
gdzie śladu po Tobie nie ma
czy widziałeś rumaka
powalonego na środku drogi
skrzyżował nogi
pod batem
i nie mógł się wznieść
ponad chmury
minęłam go spojrzeniem
utkwionym obok
krzyk przerażenia
coraz bardziej milczy
Czytaj dalej PEGAZ
URODZONY W BEZCZASIE
mojemu synowi
Zamknięty w klamrze czasu
między zegarem na ścianie
a sekundami drgającymi
na ręce –
– jak wahające się tętno
w bezczasie wstrzymanych minut
uwolniła się nieokreśloność losu
tajemnica przeznaczenia
w różnych wersjach
pewnie dlatego uchodził
cało z matni
pomiędzy krążącymi
wokół drobinami czasu
dla niepoznaki
nigdy nie nosi zegarka
PRÓŻNIA
Zawieszona w próżni
bez jego miłości
miotana niepokojem
błąkam się
po orbitach światów
próżnia ma barwę nocy
nie mogę odnaleźć drogi
do niego
tęsknotę podzieliłam
na oddechy
zagubione w ciemności
ZWIERZĘ
Ciemność kurczy się
i rozszerza
gęstnieje w swej głębi
i rozjaśnia
jest jak zwierzę
przyczajone pod sufitem
zdradza je
pulsowanie mroku
podpatruje mnie
z góry
ma oczy szeroko
otwarte
czeka aż zasnę
wtedy zawładnie światem
NIE OCALAŁAM
Przyniosłam kamień z drogi
tyle w nim całego życia
chwil zdławionych
na krok przed ocaleniem
pamiętam – przygniatał myśli
w zamkniętym kręgu czasu
myślałam – zrzucę go z ramion
za progiem
tuż tuż
jeszcze trochę
spływały krople czasu
kamień wślizgiwał się
coraz ciężej do wnętrza
pod jego naciskiem
nadzieja zapadała się
w niepamięć
Przywlokłam kamień
ponad siły
Nie ocalałam
Gniew motyla
„Gniew motyla” najnowszy zbiór wierszy Magdaleny Ficowskiej – Łuszczek jest inny niż poprzednie. Miejsce dominującego dotąd strachu zajęła radość życia bez cierpienia. To Magdalena jest tym motylem. Jej gniew dotyczy tych, którzy skazywali ją na „pół wieku umierania” niepotrzebnego, bez sensu, tak prostego do usunięcia. Ludzi mających władzę sprawczą nad jej życiem, którzy nie chcieli udzielić jej ratunku. Gniew na milczącą zgodę świata na jej krzywdę.Przez 50 lat życia, z powodu nadciśnienia klęczała przy sedesie rzygając do nieprzytomności,wypluwając flaki, z bólem rozsadzającym głowę przez dziesiątki godzin.Kiedy zdarzały się 2-3 godzinne przerwy w tym umieraniu na kolanach, pojawiała się wśród ludzi- z umytymi loczkami,śliczna, pachnąca. Tak mocno trzymała się życia,że zacierała wszystkie ślady choroby.Trudno wymagać od niej, żeby szła do lekarzy śmierdząca i zarzygana.Ale opowiadała im o bólu rozsadzającym jej głowę i szyję, a oni mówili: „nie możemy leczyć objawów nie znając przyczyny” i nie dawali jej nic na nadciśnienie. Przyczyny nie poznali nigdy, ale wystarczyły dwie małe tabletki na nadciśnienie, dane jej przez Ordynatora Rehabilitacji w szpitalu Grochowskim w Warszawie, żeby nastąpiło wyleczenie natychmiastowe. Miała już 56 lat i za sobą pół wieku umierania. W jej dzieciństwie mawiano o „zasłonie milczenia”. Na wiele spraw Magdalena spuszcza tę zasłonę.
„Moje życie nie było złe, było upiorne” – powiedziała w rozmowie Magdalena Ficowska – Łuszczek. Jak gdyby ludzie podświadomie chcieli jej wszystko odbierać. Wydawało im się, że „ona ma za dużo”, że dla nich będzie więcej jak ją docisną. Tak sobie teraz tłumaczy niezliczone ciosy, których doznawała.
Jako dziecko myślała, że trzeba przetrwać koszmar dzieciństwa i potem jak będzie dorosła, zacznie się szczęśliwe życie… Zawsze wierzyła w bajki. Ludziom nie przychodziło do głowy, że wcale nie chcieliby być na jej miejscu. Walczyła o życie od chwili urodzenia jako 7 miesięczny wcześniak , o każdy dzień przez 50 lat straszliwych męczarni z powodu nadciśnienia, którego nikt z lekarzy nie rozpoznał, sugerując drastyczną postać migren. Kiedy szukała u nich pomocy mówili, że nic się nie da zrobić, albo że to bzdury. Zdarzało się, że parskali śmiechem. Przecież były to osoby z dyplomami, fakultetami. Czyżby wszystkich zwiódł jej wygląd?
„Tego nie dało się przeżyć, a jednak przeczołgałam się przez to”.
Z domu dostała na życie strach, który zamykał jej dostęp do świata. Mimo to kiedy była nastolatką i przemykała przez Warszawę, bywało, że ludzie „wrastali w chodnik” na jej widok. Czasami, jak się później okazywało, byli to fotograficy. Z takiej „łapanki” porwano ją na kilkanaście okładek kolorowych czasopism. Podpisano z nią umowę na pracę fotomodelki. A ona uciekała, odrzucając różne propozycje. Widać jak komuś coś pisane to go nie ominie. Ten etap życia zakończył się z chwilą zamążpójścia, które wykluczało takie zajęcia.
Po maturze okupionej rzekomymi migrenami już nie zdołała udźwignąć napięcia związanego ze studiami na UW.
Wcześniej mimo tych trudności, w wieku 17 lat wyjechała jako niepełnoletnia na „czerwony dowód tymczasowy” do pracy przy układaniu kwiatów w bukiety w Szwecji. Pracowała tam przez 3 kolejne wakacje. Nie było to łatwe również ze względu na ograniczenia, które stwarzał